Kamil Łączyński: Podczas hymnu łza zakręciła się w oku

Newspix / Mateusz Bosiacki / 400mm.pl / Na zdjęciu: Kamil Łączyński
Newspix / Mateusz Bosiacki / 400mm.pl / Na zdjęciu: Kamil Łączyński

- Jestem bardzo emocjonalnym zawodnikiem. Niczego nie udaję. Podczas hymnu łza zakręciła się w oku - mówi Kamil Łączyński, który po trzech latach znów założył koszulkę reprezentacji Polski. Wrócił w świetnym stylu.

To był wielki powrót Kamila Łączyńskiego do reprezentacji Polski. Rozgrywający Anwilu Włocławek w trybie awaryjnym został dokooptowany do kadry w miejsce A.J. Slaughtera, którego na zgrupowanie nie puścił francuski klub. Łączyński wypadł świetnie. W drugiej połowie w meczu z Węgrami sterował zespołem, kończąc zawody z dwoma punktami i sześcioma asystami. Dał drużynie sporo energii.

Po meczu był najbardziej obleganym zawodnikiem przez dziennikarzy. - Zrobiłem swoje, tak jak to robię w Anwilu na co dzień - przyznał.

Zapraszamy do rozmowy z 28-letnim rozgrywającym.

Karol Wasiek WP SportoweFakty: W dość niecodziennych okolicznościach znalazł się pan w reprezentacji Polski - w ostatniej chwili zastąpił pan A.J. Slaughtera. Nie zastanawiał się pan i powołanie przyjął. Jak wyglądała komunikacja z trenerem Taylorem, który wcześniej pana w składzie nie widział?

Kamil Łączyński, rozgrywający reprezentacji Polski: Trener Taylor jasno przedstawił mi swoją argumentację. Powiedział, jakie były jego wybory. Ja mu odpowiedziałem, że skoro tutaj jestem, to chcę jak najlepiej pomóc zespołowi.
 
Serce mocniej zabiło podczas Mazurka Dąbrowskiego?

Oczywiście. Łza w oku się zakręciła. Trzy lata nie miałem tego uczucia. Bardzo mi tego brakowało. Cieszę się, że znów mogłem stanąć do hymnu w koszulce reprezentacji Polski.

ZOBACZ WIDEO: 9-letni Polak podbija świat skoków narciarskich. W Europie nie ma sobie równych!

Początek nie był jednak wymarzony w pana wykonaniu. Trema?

Nie, w żadnym wypadku. Po prostu nie wyszła mi jedna akcja, ale to nie oznacza, że byłem stremowany. Źle podałem do kolegi i tyle. Nie będę się w żaden sposób usprawiedliwiał tym, że byłem stremowany czy nie znałem zagrywek.

Później było już tylko lepiej... Sześć asyst to wynik godny pochwały. Trener Taylor do końca trzymał pana na boisku, mimo że na ławce siedział kapitan Łukasz Koszarek.

Bardzo dobrze nam szło w drugiej połowie. Rezerwowi zrobili solidną robotę, dali drużynie sporo wsparcia i energii. Prawda jest taka, że mamy wyrównany skład. Oczywiście są gracze z wysokiego poziomu, ale pozostali nie odpuszczają, twardo walczą o swoje na treningach.

W drugiej połowie pokrzykiwał pan do kolegów, zachęcał do szybszej gry. Trochę jak w Anwilu Włocławek.

To prawda. W pierwszej połowie byliśmy nieco uśpieni, graliśmy na stojąco. Jak przyspieszyliśmy pick&rolle, przerzucaliśmy piłkę na drugą stronę, to od razu sporo zamieszania było po węgierskiej stronie. Każdy dotykał piłkę, było widać dużą radość - to mogło się kibicom podobać.

A ich w Łuczniczce pojawiło się całkiem sporo. Starał się pan ich podrywać do głośniejszego dopingu.

Na początku trochę spali (śmiech). Później starałem się ich pobudzić. Jestem bardzo emocjonalnym zawodnikiem. Jak je wyrzucam na zewnątrz, to czuję się z tym znacznie lepiej. Niczego nie udaję.

System Mike'a Taylora jest bardzo rozbudowany, sporo w nim zagrywek. Jak pan to przyswoił w kilka dni?

Jest bardzo dużo zagrywek, specyficzne nazewnictwo. Mam jednak łatwość do zapamiętywania różnych ustawień. Pierwszego dnia otrzymałem pełen zestaw zagrywek. Miałem nad czym pracować. Siedziałem grzecznie w hotelu i się ich uczyłem.

Zobacz inne teksty autora

Źródło artykułu: