Imogen Simmonds znalazła się w centrum dopingowego skandalu. Jak donosi "Bild", zawodniczka została przetestowana na obecność sterydów przed Mistrzostwami Świata Ironman 70.3 w Nowej Zelandii. Wynik testu okazał się pozytywny, co było dla niej ogromnym zaskoczeniem.
Simmonds, w poście na Instagramie, obarcza winą swojego partnera. Twierdzi, że substancja dostała się do jej organizmu przez "intymne relacje".
ZOBACZ WIDEO: Artur Siódmiak przyszedł do poprawczaka. Straszne, jak zareagował jeden z chłopców
"Gdy otrzymałam wiadomość, natychmiast skontaktowałam się z doświadczonym prawnikiem. Okazało się, że mój partner przyjmował Ligandrol, nie informując mnie o tym" - napisała.
Dalsze badania, w tym analiza włosów, wykazały, że Simmonds nie przyjmowała Ligandrolu, podczas gdy jej partner miał pozytywny wynik. - "Próbka potwierdziła, że nigdy nie zażywałam Ligandrolu, podczas gdy mój partner to robił" - dodała triathlonistka.
Simmonds podkreśla, że zawsze była zwolenniczką czystego sportu i poważnie traktuje zobowiązania antydopingowe. - "To, że moje nazwisko jest łączone z zakazaną substancją, jest dla mnie druzgocące" - przyznała. Zawodniczka zamierza przedstawić dowody swojej niewinności odpowiednim organom.
Simmonds zaznacza, że wykryta ilość substancji była znikoma i nie mogła wpłynąć na jej wyniki sportowe. - "Znaleziono ilość odpowiadającą szczyptę soli w olimpijskim basenie, co nie mogło przynieść mi żadnej korzyści" - wyjaśniła.