Nicolai Klindt stracił sporą część ubiegłego sezonu z powodu kontuzji. Duńczyk robił wszystko, by wrócić na tor i zaprezentować się w towarzyskich wydarzeniach, by dać sygnał działaczom, że warto na niego postawić przed sezonem 2025. Prowadził rozmowy z H.Skrzydlewska Orłem Łódź, ale ostatecznie wylądował na kontrakcie warszawskim w Moonfin Malesie Ostrów.
Tym samym Duńczyk pozostaje bez pracodawcy w Polsce i w każdej chwili może zmienić zespół. A dla kilku ekip mógłby być ciekawym wzmocnieniem. W pierwszych zawodach w sezonie 2025 udowodnił, że jest w gazie.
ZOBACZ WIDEO: Magazyn PGE Ekstraligi. Goście: Mrozek, Woffinden i Tungate
W sobotę - 29 marca żużlowiec zaprezentował się w Memoriale Bronisława Idzikowskiego i Marka Czernego i był to naprawdę dobry występ. Punktowo osiągnął dwucyfrówkę, bo do domu wyjeżdżał z dziesięcioma oczkami. W bezpośrednich pojedynkach przywoził za plecami Jasona Doyle'a, Krzysztofa Buczkowskiego, Mateusza Cierniaka, Wiktora Lamparta, ale i klubowych partnerów - Olivera Berntzona i Sebastiana Szostaka.
36-latek z Outrup musiał się nieco napracować, by osiągnąć taki wynik. Był jednym z najbardziej walecznych zawodników częstochowskiego turnieju, ścigając się bardzo blisko bandy, gdzie niewielu chciało w sobotnie popołudnie wjechać.
- Byłem bardzo podekscytowany i jednocześnie zdenerwowany. Wiem, że muszę się wykazać, aby zwrócić na siebie uwagę różnych klubów, ale po pierwszym wyścigu ten stres minął. Moje starty były dobre, czasami brakowało jednak mocy, chociaż byłem zadowolony ze swojej prędkości. Mati (Tonder - dop. red.) bardzo ciężko pracował w boksie. Myślę, że mogę być zadowolony. Zawsze chce się więcej i lepiej, ale widać wiele pozytywów - powiedział po zawodach Duńczyk.