W niedzielę środowisko żużlowe w Polsce zostało zszokowane informacją o wypadku Taia Woffindena. Brytyjczyk zanotował groźny upadek na torze w Krośnie. Uderzył w bandę przy sporej prędkości i doznał m.in. otwartego złamania kości udowej i skomplikowanego złamania łokcia. Ma też uszkodzone kręgi i żebra. Obecnie znajduje się w śpiączce farmakologicznej.
Tragedii w Krośnie można było uniknąć?
Niewykluczone, że wypadek w Krośnie będzie oznaczał dla trzykrotnego mistrza świata koniec kariery. Operacja złamanego uda trwała osiem godzin, a już wiadomo, że przed Brytyjczykiem kolejne zabiegi. 34-latek miał olbrzymiego pecha, bo wpadł pod dmuchaną bandę i uderzył w drewnianą podstawę. Tym samym nie zadziałał główny element bezpieczeństwa na torze żużlowym.
ZOBACZ WIDEO: Mrozek ostro odpowiada Komarnickiemu. "Zlepek powalczy"
Zawodnik ZKS Stali Rzeszów nie jest pierwszym, który doznaje poważnej kontuzji wskutek wpadnięcia pod "dmuchawce". Przed dwoma laty podobna sytuacja spotkała Patricka Hansena na torze w Ostrowie Wielkopolskim. W przypadku Duńczyka skończyło się na poważnym urazie kręgosłupa, przez który ma on problemy z poruszaniem, a mimo to walczy obecnie o powrót do sportu. W 2015 roku kość udową w podobnym wypadku złamał Jarosław Hampel.
I to właśnie w 2015 roku inżynier Tomasz Muszalski postanowił stworzyć rozwiązanie, które miałoby skończyć z problemem wpadania zawodników pod dmuchane bandy. Fan żużla z Bydgoszczy opracował projekt specjalnych plandek, które działałyby w taki sposób, że zawodnik nie uderzałby z impetem w drewniany element bandy pod "dmuchawcem".
Od tamtych wydarzeń minęła dekada, a nikt nie przetestował na poważnie rozwiązania polskiego inżyniera. - Czy jestem tym zaskoczony? Byłem. Teraz jestem wściekły - mówi Muszalski w rozmowie z WP SportoweFakty, odnosząc się do fatalnego wypadku Woffindena w Krośnie i tego, że jego pomysł leży w szufladzie.
Nasz rozmówca podkreśla, że "nie chciałby się wypowiadać na temat działaczy". - Natomiast wszyscy zawodnicy, z którymi rozmawiałem, są "za". W zeszłym roku mieliśmy fajną burzę mózgów z Rafałem Lewickim (menedżer Artioma Łaguty, mistrza świata z 2021 - dop. aut.) i Andrzejem Lebiediewem. Andrzej zaproponował jedną modyfikację, by elementy mocujące plandekę ochronną wkopać nieco głębiej - dodaje Muszalski.
Głębsze wkopanie elementów mocujących plandekę powodowałoby, że zawodnik mógłby lekko wślizgnąć się pod dmuchaną bandę, ale nie uderzałby w drewniane elementy. W ten sposób udałoby się też zmniejszyć ryzyko związane z tym, że żużlowiec odbije się od "dmuchawca" wprost pod koła nadjeżdżającego zawodnika.
- Nikt ze mną nie poruszał problemu, że zawodnicy mogą się odbijać. Po rozmowie z Lebiediewem zaproponowałem, aby elementy mocujące były wkopane głębiej. Żużlowiec delikatnie wsunie się pod "dmuchawca", ale nie uderzy w drewnianą bandę - tłumaczy dalej Muszalski. Cała konstrukcja działałaby dzięki sprężynom, które gwarantowałyby, że element ochronny byłby w "100 proc. odkształcalny".
Działacze blokują pomysł polskiego inżyniera
Nieoficjalnie wiemy, że pomysł Muszalskiego jest blokowany przez część działaczy, którzy zwracają uwagę na to, że nie ma on homologacji Międzynarodowej Federacji Motocyklowej (FIM). - To szukanie dziury w całym. Naprawdę, komuś nie chce się napisać jednego pisma do FIM? - irytuje się inżynier z Bydgoszczy.
- Przed laty Leszek Demski (szef sędziów w Polsce - dop. aut.) wskazywał, że zamontowanie elementów ochronnych oznacza ingerencję w tor. Tymczasem Władysław Gollob z Polonii Bydgoszcz był gotów to zrobić, Szymon Woźniak był chętny, aby przetestować to rozwiązanie i w sposób kontrolowany uderzyć w taką bandę. Miałem nawet sponsorów, którzy byli gotowi pokryć koszty montażu - ujawnia nasz rozmówca.
Muszalski szacuje, że jego rozwiązanie mogłoby kosztować ok. 50 tys. zł, podczas gdy same dmuchane bandy to obecnie wydatek rzędu 250-300 tys. zł. Chociaż na testowanie rozwiązania polskiego inżyniera nikt się nie zdecydował, to w tym samym czasie wprowadzono w PGE Ekstralidze obowiązkowe plandeki zabezpieczające tor przed deszczem. One kosztują nawet 1 mln zł.
- Na co my czekamy? Czemu w ogóle nie otworzymy pola do dyskusji? Wprowadzamy telemetrię, badamy mikroruchy zawodników przed startem. Żużel idzie do przodu, ale skupiamy się na rzeczach mniej istotnych. Odnoszę wrażenie, że zdrowie i życie zawodników nikogo z działaczy nie interesuje - wścieka się inżynier z Bydgoszczy.
O odniesienie się do słów Tomasza Muszalskiego poprosiliśmy Leszka Demskiego. Szef polskich sędziów i członek Głównej Komisji Sportu Żużlowego nie znalazł jednak czasu, aby z nami porozmawiać. Obiecał jednak, że odpowiedzi udzieli później.
Czy żużlowcy się zbuntują?
Być może wypadek Woffindena w Krośnie przelał czarę goryczy. We wtorek nie doszedł do skutku sparing w Rybniku, bo zawodnicy Fogo Unii Leszno mieli zastrzeżenia do montażu band na stadionie. Działacze Innpro ROW-u odpowiedzieli na zarzuty tym, że ledwie kilka dni wcześniej tor przeszedł kontrolę i uzyskał homologację na sezon 2025.
Z powodu band nie dojdzie też do skutku środowy sparing Bayersystem GKM-u Grudziądz z Moonfin Malesa Ostrów. Nieoficjalnie wiadomo, że w środowisku mamy do czynienia z buntem zawodników, którzy chcą zwrócić uwagę na konieczność poprawy bezpieczeństwa. W meczach towarzyskich mają o tyle ułatwioną sytuację, że odmowa jazdy nie skutkuje karami finansowymi ani walkowerami.
Gdy jednak ruszy PGE Ekstraliga, zawodnicy mogą znów siedzieć cicho. Jakakolwiek forma buntu może poskutkować dotkliwymi sankcjami, a podczas meczów polskiej ligi zarabiają milionowe sumy. Tymczasem w sparingach ryzykują zdrowie i życie za darmo, dlatego po wypadku Woffindena pojawił się nawet postulat, aby... zrezygnować z przedsezonowych meczów kontrolnych.
Łukasz Kuczera, dziennikarz WP SportoweFakty