Jarosław Galewski, WP SportoweFakty: We wtorek nie doszedł do skutku sparing pomiędzy Innpro ROW-em Rybnik a Fogo Unią Leszno. Zawodnicy po koszmarnym wypadku Taia Woffindena mieli mieć uwagi do sposobu zamontowania dmuchanych band na waszym torze. Jak pan to skomentuje?
Krzysztof Mrozek, prezes Innpro ROW-u Rybnik: Dla mnie to jest totalna porażka. Dwóch panów kapitanów z Unii Leszno, czyli Janusz Kołodziej i Grzegorz Zengota przyjechało do Rybnika i najprawdopodobniej zadecydowali, że cała drużyna nie pojedzie w sparingu. Mam wrażenie, że żużlowcy zaczęli prowadzić krucjatę.
Przeciwko komu ta krucjata?
Nie wiem, czy przeciwko klubom, władzy czy komuś innemu, bo niespecjalnie mnie to interesuje. Ewidentnie mają jednak jakiś punkt honoru i teraz walczą. Zgadzam się, że należy dbać o bezpieczeństwo. Nie rozumiem tylko, dlaczego odstawili takie show. Wystarczyło powiedzieć o godzinie 10:00, że widzimy problem z dmuchanymi bandami w całej Polsce i dlatego nie przyjedziemy na sparing do Rybnika.
Może trzeba było przyjechać do Rybnika, by stwierdzić ten problem?
Zapewniam pana, że to wyglądało inaczej. Cała drużyna z Leszna chodziła wcześniej po torze i nie miała żadnych zastrzeżeń. Później przyjechał pan Kołodziej, przeszedł z miarką, zaczął coś sprawdzać i wskazywać miejsca, które jego zdaniem nie były właściwe. Zaznaczam, że bardzo szanuję tego zawodnika. Nie mam też nic przeciwko pomiarom. Mógł jednak załatwić to normalnie. Powiedzieć, że nie podobają się konkretne miejsca i poprosić o poprawę, a także późniejsze rozpoczęcie zawodów. Równie dobrze można było też dać znać rano, że nie mają ochoty jechać. Nie byłoby tematu, a ja nie wpuściłbym kibiców na stadion. Tymczasem mieliśmy totalny brak szacunku w stosunku do fanów. Żużlowcy zarabiają pieniądze między innymi z tego powodu, że w tym sporcie są sponsorzy, a sponsorzy je wykładają, bo dyscypliną interesują się fani. Jeśli nadal panowie będą robić takie szopki, to po jakimś czasie wszyscy się od nich odwrócą. Wtedy nic się już nie zbilansuje.
ZOBACZ WIDEO: Michelsen spędził dwa lata we Włókniarzu. Odpowiada wyraźnie, czy żałuje tej decyzji
Mówi pan o krucjacie ze strony zawodników. Nie wie pan z kim walczą, ale może ma pan jakąś teorię?
Nie mam, ale powiem coś innego. Przede wszystkim brakuje mi u nich konsekwencji. Z Januszem Kołodziejem znamy się bardzo długo. Często dzwonił do mnie i pytał, czy jego szkółka może przyjechać potrenować nieodpłatnie do Rybnika. Zawsze odpowiadałem, że nie ma kłopotu. Teraz powiem, że niestety jest problem, że wprawdzie chcę ich u nas na torze, ale nie mogą przyjechać, bo jest niebezpiecznie. Drugim zawodnikiem, który we wtorek kwestionował nasze bandy, był Grzegorz Zengota, który jeszcze niedawno zdobywał punkty dla ROW-u Rybnik. Zawsze chwalił nasz tor, wszystko mu się podobało. Słowem nie wspominał o bandach! A teraz miał do nich uwagi. Pójdę w tej dyskusji jeszcze o krok dalej. Mam wątpliwości, co powiem moim polskim seniorom, kiedy powiedzą mi, że chcą jeździć w ligach zagranicznych. Będę się głęboko zastanawiać, czy powinni otrzymać zgodę.
Dlaczego?
Przecież tam standardy bezpieczeństwa są niższe. A żużlowcom w końcu chodzi o ich zdrowie, prawda? Tobiasz Musielak po upadku Taia Woffindena jako pierwszy zabrał głos w sprawie band, a przecież Krosno to jego klub. Wcześniej już tam trenował! Dlaczego był cicho? Poza tym często i namiętnie jeździ w Anglii. Rozumiem, że tam nie ma żadnego problemu z bezpieczeństwem?
Nie tylko w Rybniku nie doszło do rozegrania sparingu z powodu z band. Jaki będzie według pana ciąg dalszy tej sprawy?
Ta krucjata trwa i nie wiem, gdzie zmierzamy. Proponuję jednak, by wszyscy zaczekali na powrót do zdrowia Taia Woffindena. Teraz to jest najważniejsze. Zależy mi na tym szczególnie, bo przypominam, że byłem jednym z jego pierwszych sponsorów, gdy zaczął startować w Polsce. Przez lata jeździł moim samochodem. Bardzo zatem chcę, by wyzdrowiał. Gdy będzie sprawny i uśmiechnięty od ucha do ucha, to wtedy zapewne powie, jak on pamięta ten wypadek. Moje odczucia są takie, że największego spustoszenia narobiły motocykle, które uderzyły w niego z wielką siłą. Na pewno kiedyś nam o tym opowie i jestem ciekaw, co będą gadać wtedy inni żużlowcy. Czy ktoś będzie uważać, że można się zabezpieczyć przed takim "strzałem"? Oglądam żużel dość długo i nie potrafię wskazać skutecznego sposobu.
W środę macie odjechać na własnym torze sparing ze Stelmetem Falubazem Zielona Góra. Obawia się pan powtórki z rozrywki?
Jestem przygotowany na kolejny cyrk bez poszanowania kibiców. Z tego powodu wraz z ekipą moich ludzi do północy pracowaliśmy, żeby "odpicować" bandy. Wszystkie zostały ściągnięte, wyczyszczone i ponownie założone. Następnie zaprosiłem do nas Tony'ego Briggsa. Poproszę go o papier, czy banda jest zamontowana właściwie, czy nie. Wtedy będę czekać, czy ktoś znowu przyjdzie i zacznie mi tworzyć świat równoległy. Prawda jest taka, że we wtorek panowie z Leszna dysponowali jakimś szkicem, ale nie bardzo potrafili go ze zrozumieniem przeczytać. Może niech się najpierw tego nauczą. A poza tym niech mi też nikt nie mówi, że banda musi być wkopana w tor na minimum 10 centymetrów. W każdej instrukcji od pana Briggsa jest napisane, że ten rów ma mieć pomiędzy siedem, a 10 centymetrów. Taka jest tolerancja.
Czy chciałby pan powiedzieć coś na koniec zawodnikom, zanim dojdzie do odwołania kolejnych sparingów?
Przede wszystkim apeluję, by nie robili z tego sportu cyrku. Myślę też, że być może nie mielibyśmy problemu, gdyby żużlowcom, którzy się we wtorek zbuntowali, zaproponować jakąś zapłatę za sparing. Może wtedy by pojechali? Jeśli panowie chcą jednak wciąż kontynuować krucjatę i z kimś walczyć, to proszę bardzo, niech sobie to robią, ale nie u mnie w Rybniku! Nie życzę sobie tego, bo jestem szczególnie przeczulony w kwestii bezpieczeństwa. Trochę w tym sporcie przeżyłem i wszyscy wiedzą, o czym teraz mówię.
Rozmawiał Jarosław Galewski, dziennikarz WP SportoweFakty