[b]
Maciej Szarek, WP SportoweFakty: W polskiej piłce ręcznej jest pan ostatnio dość gorącym tematem.[/b]
Tomasz Gębala, rozgrywający Orlen Wisły Płock: No tak, robi się wokół mnie trochę taka telenowela. I to na pewno nie działa pozytywnie. Nie ma osoby, na którą by to nie oddziaływało. Nawet na takiego Lewandowskiego, gdzie media piszą o nim non-stop.
Przytłacza to?
Nie powiedziałbym. Po prostu robię wszystko, by się tym nie interesować za bardzo. Nie czytam tego wszystkiego, nie śledzę, co się dzieje w mediach, staram się tego unikać. Mam dużo pracy i spotkań w Wiśle, mam studia - na tym się skupiam. Fakt, ta cała sytuacja wytwarza, według mnie, zupełnie niepotrzebną atencję i spięcie. To głupie i nie powinno mieć miejsca.
Pośrednio zgodził się pan jednak na zostanie osobą publiczną, będąc szczypiornistą.
Jasne, jestem tego świadomy. Tak jak i tego, że publiczność może mnie krytykować i ma do krytyki prawo. Nie mam z tym problemu.
Ale ta może się panu ostatnio dawać we znaki.
Problemem nie jest kwestia krytyki odnośnie strony sportowej, a typowo ludzkiej. Nie lubię jak ktoś wymaga szacunku, a sam nie szanuje innej osoby. Uważam, że każdy człowiek zasługuje na szacunek. Krytyka jako zawodnika, jeśli krytykowane są moje umiejętności, jest spoko. Sprawa komplikuje się jak ktoś odnosi się do mnie jako do osoby, bo mnie nie lubi, i zaczyna mnie obrażać. To nie jest fajne. Kiedy przychodzę do klubu, to zawsze szanuję kibiców, bo wiem, że oni są przy klubie, wspierają go, wiem jak ważną są częścią sportu. Ale jak ktoś jako kibic przestaje szanować klub lub jego zawodników? Słabo.
A pan się czuje hejtowany?
A kto by się nie czuł, jeśli zostałem wygwizdany we własnej hali? Ciężko się zdystansować do tego wszystkiego. To nie jest łatwa sytuacja. Najbardziej zależy mi jednak żebyśmy jako klub mieli teraz jak największy spokój w przygotowaniach do play-offów, bo to teraz najważniejsze.
Myśli pan, że ludzie bardziej chcą dokuczyć niż pomóc?
Myślę, że tak. Wiadomo, że jest duża - oby większość - część osób, która podejdzie do tego normalnie: skrytykuje moją grę, ale do człowieka podejdzie w porządku.
Pana brat w rozmowie z Maćkiem Wojsem z TVP Sport przyznał, że krytyka w Płocku "jest duża, głównie niekonstruktywna i od osób nieznających się na temacie". Pan podziela to zdanie?
Bardzo często tak jest, że krytyka jest po prostu niekonstruktywna, wynika bardziej z niechęci do człowieka niż z niechęci do jego umiejętności. Jeśli to wszystko jest konstruktywne, ktoś przedstawia racjonalne i mądre argumenty, mówi, co mu w mojej grze nie pasuje, pokazuje błędy, to ja jestem jak najbardziej za tym. Nie musi mieć nawet żadnego gotowego rozwiązania. Ja to przyjmę i się nad tym zastanowię. Jeśli jest to na spokojnie, bez żadnych personalnych eskapad, to jak najbardziej w porządku. Nawet jakby ktoś podszedł na ulicy i powiedział: "Hej, uważam, że to, to, to i to w Twojej grze jest złe" i wdał się w normalną dyskusję, a nie, że on wie najlepiej i koniec, to wszystko jest okej.
No to jak pan odpowie na zarzut, że nie potrafi pan w pełni wykorzystać swoich warunków fizycznych, za mało rzuca z dystansu?
Wiem, że ich nie wykorzystuję i jestem tego w stu procentach świadomy. To chcę powiedzieć jasno. Ale ciągle dążę do tego, by robić z nich coraz większy użytek. Uważam też, że wiele razy to dobrze, że wchodzę w pojedynki jeden na jeden. To nie jest tak, że jestem ukierunkowany tylko na te wejścia w strefę. Ale nie mogę też być zawodnikiem, który tylko rzuca z daleka albo podaje piłkę i tu się kończą opcje.
Zasadność tych pana "wycieczek na koło" często jest jednak silnie podważana.
Wiem, że jestem w wielu sytuacjach krytykowany za to, że idę jeden na jeden. Zwłaszcza, gdy nie rzuciłem bramki. Często jest jednak tak, że cała akcja była wykonana naprawdę dobrze, albo, że ja chciałem rzucić z daleka, ale widzę, że wychodzi do mnie mocno obrońca, prawie sprintem i po prostu muszę go minąć na wykroku, by uniknąć klinczu czy zderzenia.
Wiadomo, że klasycznego pojedynku jeden na jeden nie wygram, bo jestem na to za wolny. Muszę więc liczyć, że dostanę piłkę w nadbiegu tak, że będę już miał lekką przewagę ciała nad obrońcą i będę mógł go "przeciągnąć" czy złapać na wykroku, uniknąć go, minąć. Nie można też rzucać z każdej pozycji z daleka, szczególnie, gdy obrona jest wysoka i agresywna.
Są różne typy defensywy, trzeba radzić sobie w każdej konfiguracji.
Dokładnie. Wiem, że jeszcze nie wychodzi mi to w pełni, że często przesadzam z tym wszystkim. Jestem tego całkowicie świadom i staram się to poprawić. Inna sprawa, że czasem uda mi się ograć obronę, minąć przeciwników, ale nie zdobędę trafienia, bo rzucę gdzieś nad bramką, co mi się zdarza ostatnio nader często i jestem bardzo niezadowolony z jakości mojego rzutu w tym sezonie. Podsumowując: to nie jest zawsze tak, że brak bramki oznacza, że to akcja była źle zagrana, a mój wybór taktyczny był zły. To czasem znaczy, że po prostu mój rzut był beznadziejny.
A co mówią na ten temat pana trenerzy?
Zawsze analizujemy konkretną sytuację. Nie można powiedzieć, że zawsze mam rzucać, albo podawać, albo iść w strefę. Do każdej sytuacji trzeba podejść indywidualnie. Oglądamy video i wtedy trener mówi mi, że tu albo tu trzeba było zrobić inaczej, np. rzucić, bo miałem miejsce. Ja to przyjmuję i to rozumiem. To jest konstruktywna krytyka. Czasem pokazuje mi, że prawidłowo zrobię zwód, ale za długo trzymam piłkę, potem nie gram w tempo do partnerów. Trener mówi swoje zdanie, rozmawiam z innymi, starszymi zawodnikami na ten temat. Oni mi doradzają, staram się słuchać, analizować. Nie ma tak, że jak nie rzucę, to schodzę na ławkę. Jeżeli jest ewidentna sytuacja, że powinienem zrobić zwód, to też mi nikt nic nie powie.
ZOBACZ WIDEO Niesamowita seria Barcelony dobiegła końca!
Wie pan co i jak poprawić?
Wydaje mi się, ze z grubsza tak. Mam na myśli to, o czym już mówiliśmy oraz pracę w obronie: pasywne ustawianie się i blok. Chodzi o to, żeby wcześniej sobie ułatwić życie. Bo często chcę pracować siłą rąk czy nóg, a mógłbym sobie znacznie uprościć zadanie prawidłowym ustawieniem. W listopadzie skończę 23 lata. Człowiek uczy się całe życie. Jest jeszcze czas.
W kontekście sytuacji w Płocku, myślę, że w pewnym sensie to efekt niezadowolenia z powodu sytuacji w klubie i wyników sportowych.
Tak, to jest katalizator. Przez to, że mamy słabe wynik sportowe to wszystko się napędza. Porażki zawsze potęgują wszystko.
Choć fazę zasadniczą skończyliście na drugim miejscu w tabeli, właśnie z powodu tych niepowodzeń, w Płocku doszło do małego trzęsienia ziemi, odszedł trener Przybecki. Teraz już wszystko się unormowało?
Jest nowy-stary trener (Krzysztof Kisiel - red.), który dotąd był asystentem, dalej trenujemy i staramy się robić wszystko, by końcówka sezonu była pozytywna. Wiadomo, że łatwo nie będzie wyjść z dołka. Dopiero w meczach o stawkę zobaczymy, czy nasze starania przyniosą rezultat. Teraz skupiamy się, żeby każdy kolejny mecz był coraz lepszy, wciąż mamy pewne wahania formy, ale mamy też dużo czasu na trening i poprawę przez to, że odpadliśmy z Pucharu Polski. Trenujemy indywidualnie, poprawiamy ustawienie zespołu, chcemy jak najlepiej wykorzystać czas.
O co będziecie walczyć w play-offach?
O zwycięstwo.
Domyślam się, że w czasach juniorskich gra pana drużyn miała jedną zagrywkę: "na Tomka". Rożnica w warunkach fizycznych, zasięgu, robiła swoje.
Prawda jest taka, że w juniorach byłem bardzo słabym zawodnikiem. Choć komicznie to zabrzmi: nie potrafiłem rzucić z daleka, bo byłem wysoki.
Zaraz... Wzrost panu przeszkadzał w rzucie z dystansu?
To trudne. Rośniesz, i to bardzo szybko, i nagle nie możesz w ogóle złapać koordynacji, właściwie to nie potrafisz się ruszać. Dalej uważam, że mam z tym mniejsze czy większe problemy, ale pracowałem przez trzy lata w Niemczech i wcześniej trochę w Polsce, indywidualnie chodziłem na siłownię, choć oficjalnie nie mogłem, po to, by po prostu jakoś się ruszać. Dużo pracy zostało wykonane z trenerem Chludzińskim, który prowadził treningi biegowe w SMS-ie. To on pokazał mi jak poprawnie biegać, bo to niby takie proste, a wielu tego nie potrafi. To była ogromna praca, by nauczyć się normalnie ruszać. Teraz wiadomo, że nie osiągnę już sprawności jak zawodnicy niżsi, ale uważam, że w miarę potrafię się ruszać, jak na mój wzrost. Dopiero jak wdrożyłem ćwiczenia siłowe gdzieś w 2011 roku na Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży, to zacząłem rzucać więcej bramek.
W codziennym życiu te 212 centymetrów też potrafi przeszkadzać?
Ile to razy miałem głowę rozciętą, bo zapomniałem się schylić, zajęty rozmową z kimś? Ile razy w piwnicy się walnąłem w głowę? Proza życia! Tak jak i na boisku ten wzrost może czasem być przekleństwem. Ale jak patrzę na to z perspektywy czasu, oceniam go pozytywnie, bo daje mi bardzo, bardzo duże możliwości. Ale też czasem trochę przeszkadza. To nie jest tak, że taki wzrost zawsze będzie działał tylko na korzyść. Gdyby tak funkcjonowała piłka ręczna, mielibyśmy na parkiecie siedmiu gości po grubo ponad dwa metry. A są chociażby Słoweńcy: niscy, szybcy, a jak sobie dobrze dają radę? Taki Stas Skube - niziutki, ale potrafi nieźle namieszać. Przecież gdyby Michał Daszek miał te kilka centymetrów więcej, to byłby bardzo dobrym prawym rozgrywającym.
A kto był wtedy pana idolem? Na kim wzorował pan swoją grę, od kogo czerpał inspiracje?
Wiadomo, że takim pierwszym skojarzeniem jest Karol Bielecki. Nie dość, że podobny fizycznie: wysoki, rudy, chudy, to jeszcze ta sama pozycja na boisku. Ale potem nie wzorowałem swojej gry już na nikim konkretnym, starałem się być sobą. Obserwowałem i obserwuję wielu graczy i staram się przejmować od nich jakieś elementy, analizuję ich grę. Wyłapuję ruchy, które mi się mogą przydać. O to chodzi w treningu: nie tylko o doskonalenie cech, które już mamy, ale zmienianie, dostosowywanie swojego stylu, uczenie się czegoś nowego. Staram się wciąż nabywać nowe umiejętności. Chcę stworzyć swój styl gry z wielu składowych, a nie być odbiciem jakiegoś zawodnika.
Te porównania do Karola Bieleckiego szybko przykleiły do pana łatkę "nowego Bieleckiego". To nie zaszkodziło?
Wiadomo, że porównywania do Karola Bieleckiego są nobilitacją, ale żeby to porównywanie miało jakiś sens, muszę prezentować podobny poziom i styl. A ja w ogóle jestem innym zawodnikiem niż Karol! Jasne, mogę się od niego bardzo wielu rzeczy nauczyć, bo kiedy przez chwilę trenowałem z nim w kadrze, Karol pomógł mi i dał mnóstwo wskazówek, nawet banalnie prostych, które jednak w pewien sposób otworzyły mi trochę oczy na pewne sprawy. Jesteśmy jednak zupełnie innymi zawodnikami. Jakieś analogie są, ale świat jest na tyle duży, że analogie zawsze się znajdą. Tomasz Gębala to jednak Tomasz Gębala, a nie "młody Karol Bielecki".
Nie wiem czy media zaszkodziły mi tymi porównaniami. Może kibice i dziennikarze chcą szukać czegoś ze starej kadry w nowej kadrze? Może to strach przed zmianami? Myślę jednak, że to po prostu zwykłe pompowanie jakiegoś balonika. A to nie jest dobre ani dla zespołu, ani dla zawodnika, bo tylko zwiększa oczekiwania. Zagram dwa dobre mecze, coś mi wyjdzie, rzucę kilka bramek i ludzie będą widzieć tylko to. Nikt nie będzie patrzył na to, że nie spełniłem założeń przedmeczowych, czy złamałem akcję i taktykę, a uratowało mnie tylko to, że zdobyłem bramkę. Nikt na to tak nie spojrzy, bo nikt nie zna tych założeń. Każdy skupi się tylko na tym, jaka cyfra jest przy Tomku Gębali i tyle. A prawda jest taka, że aby cały sezon grać dobrze, a nie tylko w pojedynczych meczach, trzeba się dopasować do zespołu, wpasować w jego system, styl gry.
NA DRUGIEJ STRONIE TOMASZ GĘBALA OPOWIADA O NOWEJ REPREZENTACJI POLSKI, O JEJ POTENCJALE, BOLĄCZKACH I O PRZYSZŁOŚCI. TAKŻE SWOJEJ.
[nextpage]Na początku kwietnia Polska zagrała dwumecz z Czechami. Bilans to przegrana w kiepskim stylu i wygrana w rewanżu po naprawdę pozytywnej grze. Który obraz reprezentacji był tym prawdziwym?
W sporcie zawsze jest tak, tu posłużę się porównaniem z NBA, że co roku pojawia się wiele talentów. Kluczem do ich rozwoju jest jednak regularność. Kiedy LeBron James wykręci statystyki triple-double, nikogo to specjalnie nie rusza, nie ma powszechnego szału, bo on do tego wszystkich już przyzwyczaił. To pokazuje jak wielkim jest zawodnikiem. Jak zrobi to ktoś młody, nowy, każdy się nim zainteresuje, bo to nie jest częste, że ktoś wskakuje na taki poziom.
Podobnie jest z nami i ze mną. Zdarzy się, że zagram bardzo dobry mecz, potem jednak kilka słabych. Trzeba dążyć do tego, żeby każdy był dobry, żeby każde spotkanie równało do najlepszych w naszym wykonaniu. Tak samo jest z kadrą. My, jako młody zespół, musimy to wypracować. Chcemy osiągnąć tę regularność, żeby stale grać dobrze.
Przed pana pokoleniem zadanie dodatkowo jeszcze trudniejsze: zmierzyć się z sukcesem poprzedniej generacji. Nie od dziś wiadomo, że łatwiej wejść na szczyt niż się tam utrzymać.
To poprzednie pokolenie było niesamowite. Trzeba jednak dążyć, żeby i z nimi się zrównać, albo i być lepszymi. Każdy marzy, żeby być najlepszym. Nie można przyjść i powiedzieć: "Aaa, ja to chcę być takim średniakiem". W ogóle nie o to chodzi w życiu. Każdy wchodzi i mówi: "Ja chce być najlepszy i będę robił wszystko, by to osiągnąć" - wtedy jest ok. Wiadomo, abyśmy weszli na poziom choćby porównywalny z tamtą reprezentacją, potrzeba nam tysiąca czy dziesiątek tysięcy godzin treningu, jak nie więcej. Ale się nie poddamy. Będziemy robić wszystko, żeby ten zespół, który teraz jest, był możliwie jak najlepszy w swojej postaci.
Sam o kadrze mówi pan: "Nie brakuje potencjału, a doświadczenia". Jaki jest ten potencjał, a na ile brakuje doświadczenia?
Potencjał jest taki, że pokazując to, co graliśmy z Czechami w rewanżu, możemy wygrać z szóstym zespołem ostatnich mistrzostw Europy. Tam Czesi pokazali, że są bardzo dobrym zespołem, że mają świetną obronę i poukładany atak. A my jednak potrafimy z nimi wygrać. Okej, w pierwszym spotkaniu zagraliśmy słabo, ale w drugim pokazaliśmy, że możemy tę ich obronę przebić, w ataku zrobić im krzywdę i grać jak równy z równym. To pokazuje, że ten potencjał naprawdę jest, tylko chodzi o to, żeby rozegrać jeszcze dziesiątki czy setki spotkań na wysokim, międzynarodowym poziomie, aby zyskać doświadczenie i podnieść umiejętności. Żeby w w kolejnym takim dwumeczu oba spotkania były pozytywne, a nie jeden dobry, a drugi beznadziejny.
Tylko gdzie je zbierać? Nie zagramy na mundialu w Niemczech i Danii, kolejna wielka impreza, na którą możemy się dostać, to dopiero mistrzostwa Europy w 2020 roku.
Dlatego ważne jest, żebyśmy grali w dobrych zespołach, by obywać się z piłką ręczną na wysokim poziomie nie tylko w reprezentacji, ale i w klubach. To jest teraz bardzo ważne dla naszego sportu, jak nie najważniejsze.
Kadra Bogdana Wenty też przecież na początku nie eksplodowała. Potrzeba było trochę czasu, spektakularnego zwycięstwa.
Tylko teraz trzeba porównać sytuację klubową tamtego pokolenia z naszą. Należy spojrzeć na to, że w momencie mistrzostw świata w Niemczech w 2007 roku, gdzie Polska okazała się "czarnym koniem" i zdobyła srebrny medal, co było tylko rok po mistrzostwach w Szwajcarii, kiedy wcale nie zagraliśmy świetnych mistrzostw, większość chłopaków grała już w Bundeslidze, najlepszej lidze świata. Oni na co dzień obywali się z handballem na najwyższym poziomie.
Nie ukrywam, że taki sukces, turniej życia, bardzo dużo pomaga i myślę, że znacząco pomógłby i nam. To działa na zasadzie mechanizmu: po takim turnieju dobre zagraniczne zespoły zaczynają interesować się zawodnikami danej reprezentacji, gracze mają więc większe możliwości, mogą grać w lepszych klubach, w lepszych ligach i w efekcie zbierać więcej doświadczenia.
Pan ma już za sobą taki wyjazd, do Magdeburga. To faktycznie aż taka różnica?
Powiem tyle: warto było. Bundesliga to bardzo dobra droga rozwoju dla zawodnika, zwłaszcza młodego. Nigdy w to nie wątpiłem. Jak dostaliśmy z bratem ofertę gry w 3. lidze niemieckiej, nie zastanawialiśmy się nad tym dwa razy, bo wiedzieliśmy, że to marka i jakość, zupełnie inne szkolenie. Nie mówię, że lepsze czy gorsze, ale inne. A gdy coś się zmienia, to można liczyć na efekty. Bo człowiek się przyzwyczaja do jednego systemu i potem, kiedy je zmienia, to nagle skupia się i wypracowuje zupełnie inne elementy niż wcześniej.
Uważam, że taki wyjazd jest bardzo ważny. Nawet nie w kwestiach sportowych, tylko życiowo. Nauczyliśmy się języka, innego sposobu myślenia, mentalności, ale i innej piłki ręcznej. Niemcy, nasz sąsiad, wszystko niby podobne, ale inne. Nie bałbym się znowu tam wyjechać i nawet zostać, a już wtedy były takie oferty. Można mówić, że w połowie kontraktu Magdeburg nas nie puścił wyżej, gdy mogliśmy iść do 2. Bundesligi, a kluby się po nas zgłaszały. Ale wszystko i tak wyszło bardzo pozytywnie.
Na tyle, że pana brat od nowego sezonu znów zagra w Niemczech, w Lipsku u trenera Bieglera.
Maciek dostał ofertę, trener Biegler powiedział, że chce go w swoim systemie, mimo że jakoś świetnie mu ostatnio nie szło, a do tego jeszcze chce za niego zapłacić. To pokazuje, że ten klub go pragnie. Ważne też, że Maciek idzie do zespołu młodego, ze znajomymi chłopakami, bo gra tam chociażby Max Janke, którego znamy z II Magdeburga czy Andrzej Rojewski. Są więc znajomi, jest trener, który go chce i dają mu jeszcze szansę gry w najlepszej lidze świata. To bardzo dobrze i bardzo się cieszę, że Maciek tam poszedł, bo to dla niego duża szansa.
A jaka będzie pana przyszłość?
Jestem młodym zawodnikiem i muszę patrzeć przede wszystkim na swój rozwój, możliwości dobrego treningu i na to, żeby odpowiadał mi poziom sportowy. A czy to będzie we Francji, Hiszpanii, w Polsce czy na Bałkanach to już ma mniejsze znaczenie. Najważniejsze, że chcę się rozwijać, dlatego nie mogę podejmować tej decyzji już teraz, bo jest jeszcze bardzo dużo czasu, tylko muszę poczekać, jak zagram przyszły sezon. Jeszcze nie wiem, jak to się potoczy. Można powiedzieć, że to trochę loteria, bo może okazać sezonem życia lub jeszcze gorszym niż obecny.
Mój wymarzony klub to taki, w którym trener mnie chce, gdzie pójdę i trener będzie chciał, żebym był jego podstawowym graczem. Właśnie na to trzeba patrzeć przede wszystkim. Można mówić, że są wielkie kluby, fajne miejscowości, podoba mi się np. klimat francuski czy tamtejszy styl życia. Ale wszystko i tak rozbija się o trenera i czy klub mnie widzi u siebie.
Wracając do kadry: może taką okazją na boom okażą się dla was mistrzostwa w Szwecji, Austrii i Norwegii za dwa lata? Tylko najpierw trzeba się tam dostać.
Może i mamy w grupie dwa słabsze zespoły (Izrael i Kosowo - red.), ale musimy budować w sobie mentalność zwycięzcy. Musimy umieć podejść do każdego przeciwnika na 110%. Jeżeli wyjdziemy skupieni i zagramy każde spotkanie na wysokim poziomie, to będzie dobrze. Nie możemy natomiast podejść do żadnego meczu z nastawieniem “a, samo się wygra”. Czy zdołamy coś namieszać na samej imprezie? Zobaczymy na mistrzostwach.
Wobec kadry, która przyzwyczaiła do sukcesów, wciąż są i będą jednak duże oczekiwania.
Przede wszystkim nigdy w sporcie nie zdarzyło się, żeby pompowany balonik był dobry dla zespołu. Drużyny często z tym przegrywają. Ale na to wchodzi wiele składowych. A spokój jest nam teraz bardzo, bardzo potrzebny, bo budowa kadry od początku, właściwe od zera, to nie jest prosty proces, który będzie trwał pół roku, tylko dużo, dużo dłużej. Trzeba zagrać wiele spotkań i wiele zwyczajnie zepsuć. Wtedy dopiero można się na nich czegoś nauczyć.
Ile wy zdążyliście się już nauczyć?
Na razie uważam, że dobrze, że na dwa mecze jeden zagraliśmy naprawdę dobry. Trudno powiedzieć w jakim miejscu dokładnie jesteśmy, musimy po prostu iść dalej do przodu. Z tego słabszego spotkania z Czechami możemy nawet nauczyć się o wiele więcej niż z tego dobrego. Bo my musimy wiedzieć, co trzeba robić, gdy nam nie idzie, a nie, że jak nam nie wychodzi, to już nie wiemy co dalej.
Czego jeszcze brakuje naszej kadrze?
Mówiliśmy już o doświadczeniu, ale za tym idą też umiejętności i tego także na pewno nam brakuje. I to zdecydowanie. Ale nikt nie ma chyba wątpliwości i nikt nie powie, że mamy graczy pokroju Karabatića czy Hansena. Jeżeli chcemy jednak budować mocny zespół, a chcemy, bo każdy z nas, tak indywidualnie i jako drużyna, chce być najlepszy i patrzymy na to pod tym kątem, to musimy dążyć do tego, żeby być tymi najlepszymi. I wierzę, że wiele z tych brakujących elementów jesteśmy w stanie wypracować z tą drużyną. Nie wiem na jaki poziom uda nam się finalnie dotrzeć, ale chcemy dotrzeć najwyżej, jak tylko się da.
Nie ma też wyraźnego lidera. Kto nim może być?
Lider to jest ktoś, kto wyjdzie na boisko i nie trzeba będzie mówić, że to on nim jest. To będzie po prostu widać. On sam prędzej czy później się pokaże i będzie wiedział kiedy wziąć sprawy w swoje ręce. To trochę tak, jak mówiła Margaret Thatcher: lider, który musi mówić, że jest liderem, nie jest nim. I tyle.
Pan może być za to killerem. Drugie spotkanie z Czechami to udowodniło (8 bramek). Czemu tak nie można częściej?
W meczach z Czechami nie tylko ja rzucałem bramki. Świetny był Arek Moryto, dużo rzucił też Paweł Paczkowski... Jeśli jednak o mnie chodzi, proszę mi też coś podpowiedzieć, ja sam chciałbym mieć gotową odpowiedź na to pytanie i grać tak o wiele częściej. Oczywiście, jest satysfakcja z takiego występu, ale już dzień po meczu jest myśl, że ok, zagrałem jeden fajny mecz, ale teraz muszę wyjść w lidze i to powtórzyć, bo - tak, jak już mówiłem - trzeba dążyć do powtarzalności. To jest najważniejsze. Na początek, żeby było więcej spotkań dobrych, niż słabych. Jasne, nie ustrzegę się błędów, będę miał jeszcze pewnie bardzo dużo słabych występów, ale moim celem jest, by wyrównać ten poziom do wysokiego. Taki występ, jak z Czechami, daje motywację.
Co jeszcze będzie potrzebne, żeby się udało?
Zdrowie i szczęście, bo to w życiu najważniejsze. Jak ma się siłę, żeby pracować, to reszta przyjdzie sama. Sportowo natomiast życzyłbym sobie ustabilizowania wreszcie tego wszystkiego: mojej formy na wysokim poziomie, bo to jest bardzo potrzebne i żeby ta cała atmosfera wokół mnie była już dużo spokojniejsza.
Moim zdaniem pierwszorzędną rzeczą jakiej Pan potrzebuje, to znalezienia odpowiedniego trenera. To znacz Czytaj całość
Chłopak nigdy nie będzie Karolem Bieleckim, ale też ma inne atuty, których Karolowi brakowało - choćby gra przyzwoicie w obronie. Poza tym w o Czytaj całość