Po betonowych płytach prowadzących do Kanału Żerańskiego spływa woda: spieniona i zabrudzona sadzą. Strumień prowadzi do zielonej blaszanej hali. Od frontu jest nienaturalnie wygięta - jakby od silnego wiatru. Kształt zmieniła pod wpływem innego żywiołu: to wysoka temperatura wykręciła ją w różne strony.
We wtorek w godzinach porannych przed budynkiem stoją dwa wozy strażackie, trwają oględziny terenu. Do późnych godzin nocnych ponad 20 jednostek straży pożarnej walczyło z płomieniami w firmie Plastex. O sprzęt z tego niepozornego miejsca na warszawskim Żeraniu, przy bocznej drodze, pod wiaduktem, zabiegają mistrzowie z całego świata. Ryszard Seruga od trzech dekad produkuje tu kajaki dla najlepszych zawodników globu.
ZOBACZ WIDEO: Nietypowe urodziny byłego reprezentanta Polski. Zaprezentował niezły okaz
Seruga to czterokrotny medalista mistrzostw świata w latach 1975-81 (jedno złoto) w kajakarstwie górskim i uczestnik igrzysk w Monachium w 1972 roku. Po karierze został przy swojej największej pasji. Oddał się jej całkowicie. W poniedziałek wszystko stracił.
Gdzieś leżą medale
Z ulicy widać niemal sam węgiel, połamane deski, zapadnięty i wykrzywiony dach. Z ogólnego obrazu zniszczenia w oczy rzucają się głównie dwa kolory: czarny od zwęglonego wnętrza i biały od piany przypominającej śnieg.
W hali wielkości supermarketu jedynie kilka elementów zachowało kształt. Wśród gruzu widać rower, stół, poszarpane krzesła. Między deskami przewraca się klaser z umowami. Gdzieś w tym wszystkim leżą medale i dyplomy olimpijskie należące do Serugi. Kilka metrów dalej widać dwie zwęglone łodzie.
- Na antresoli były kajaki, które przygotowywaliśmy przez kilka ostatnich miesięcy - pokazuje nam olimpijczyk z Monachium. - Na tych regałach leżały jak śledzie, wszystkie przygotowane na eksport - mówi. - Ze sto kilkadziesiąt ich było. Dwa kontenery miały wypłynąć do Kanady, a jeden - do Chin. 99 procent naszej produkcji szło na eksport - opowiada Ryszard Seruga.
Jego syn Łukasz od siedmiu lat zarządza interesem. Przejął biznes, gdy ojciec przeszedł na emeryturę. Na twarzy Serugi juniora widać zmęczenie. Patrzy na halę i odwraca głowę, walczy ze sobą. Emocje nie pozwalają mu na rozbudowane wypowiedzi, w zasadzie tylko przekazuje nam komunikat.
- Wygląda to na zdarzenie losowe. Wszystko będzie ustalał biegły. Możemy raczej na pewno wykluczyć udział osób trzecich. Nie było to podpalenie, nic z tych rzeczy - informuje z trudem.
Pożar wybuchł w poniedziałek około godziny 20. Według relacji świadków, zaczął się w laboratorium, w którym pracownicy firmy projektowali łodzie. Opiekun ośrodka brał prysznic po zakończeniu zmiany, a następnie ujrzał ogień.
- Chciałbym sprostować jedną informację: nie było dwóch osób poszkodowanych - kontynuuje Łukasz Seruga. - W hali były dwie osoby: dozorca, który zobaczył na monitoringu zdarzenie, następnie wezwał straż pożarną i opuścił budynek. On nie wymagał interwencji medycznej. Druga osoba została zabrana do szpitala w celach profilaktycznych. Po godzinie została wypuszczona i pojechała złożyć zeznania na policję - uzupełnia.
- O swoich odczuciach powiem jedynie, że są fatalne - dodaje.
Sprzęt na medale
Waldemar, były pracownik firmy Plastex, przyszedł wesprzeć rodzinę. Z Ryszardem rozpoczynali działalność jeszcze w innej lokalizacji. - Zaczynaliśmy w Łomiankach, w zasadzie to był taki większy pokój w domu. Pamiętam synów Rysia, takie małe berbecie biegały między materiałami. Robiliśmy wtedy kilka kajaków miesięcznie. A teraz chłopaki potrafili przygotować do setki łodzi miesięcznie, na różnym etapie wykończenia - porównuje.
W 1996 roku Seruga zmienił lokalizację firmy. Zainwestował w teren na Żeraniu. Dziś hala sąsiaduje z wioślarskim klubem Spójnia. - To była ruina - wspomina olimpijczyk. - Budynek obok wzięliśmy w dzierżawę, a hala była nasza. Zrobiliśmy remont, zaplecze socjalne ze stołówką i biurem. Wszystko od podstaw - opowiada.
Dla Ryszarda Serugi to coś więcej niż biznes. - Stworzyłem firmę w 1989 roku w grudniu. Na naszych łodziach pierwszy medal olimpijski zdobył Piotr Markiewicz w Atlancie w 1996 roku. Przywiózł do kraju brąz. A później już poszło - komentuje. - Od igrzysk w Atlancie wracaliśmy z medalami z każdej olimpiady - oczywiście jako firma produkcyjna. W Sydney w 2000 na naszym sprzęcie wywalczono ponad 20 medali - uzupełnia.
- A na ostatnich igrzyskach w Paryżu Chińczycy zdobyli złota w naszych łodziach. Oni kupują od nas kajaki, mimo że mają u siebie kopie. Wolą jednak nasze, oryginalne - dodaje.
Straty liczone w milionach
Pożar sprawił, że produkcja kajaków zostanie wstrzymana. - Jeżeli ruszy pod koniec tego roku, to naprawdę stanie się cud - twierdzi Waldemar, były pracownik firmy.
Plastex i portugalska firma Nelo to najwięksi dostawcy tego typu sprzętu na świecie. - Co dwa tygodnie wysyłamy łodzie - kontynuuje Ryszard Seruga. - Pracujemy 12 miesięcy w roku. Jesteśmy jedyną tego typu firmą w Polsce pod względem sprzętu klasy olimpijskiej, a drugą na świecie - mówi.
Seruga nie chce nawet liczyć strat, które przyniósł pożar. - To ręczna produkcja. W środku były mikronarzędzia, polerki, wiertarki, drobny sprzęt mechaniczny. Spaliła się frezarka, taka na siedem i pół metra. Kosztowała prawie pół miliona złotych. To była nowa maszyna. Frezowanie modelu bez projektu, samego dna, pojedynczej łodzi, to kwota do 50 tysięcy za sztukę - wymienia.
- Jeden pojedynczy kajak to kwota 3-9 tysięcy euro - kontynuuje. - Ogromny kapitał poszedł częściowo z dymem. W biurze miałem cztery medale, w tym ten za mistrzostwo świata. Do tego jeszcze dyplomy olimpijskie... Medale pewno gdzieś tam leżą, pewnie je znajdę - ma nadzieję Seruga.
I nagle, buch
Nie wiadomo jeszcze, co mogło być przyczyną wybuchu pożaru. - W środku są żywice, rozpuszczalniki, plastik. Wystarczy małe zwarcie - kontynuuje Waldemar. - Tu chemii palącej było mnóstwo, ale pracownicy zawsze na wszystko uważali. Wiem, bo mój rodzony brat jest zatrudniony u Rysia - komentuje. - Zamówień mieli całą masę. Stało się to akurat na początku sezonu - kręci głową.
- Mieliśmy zrobione wszystkie badania techniczne i badania instalacji elektrycznej. Pracownicy nawet nie palą papierosów... Przez tyle lat nigdy nic się nie stało. I nagle bum - rozkłada ręce Ryszard Seruga.
- Formy stały na zewnątrz, na szczęście się ostały. Ale część form była w środku i już ich nie ma. Jedyne co zostało po kajakach, to włókno węglowe, które wytrzymuje kilka tysięcy stopni - dodaje.
"Dostałem prezent"
- To sport niszowy. Ile Rysiek pomógł, ile kajaków rozdał dzieciom... Zawsze pomagał innym - rozkłada ręce Waldemar. - Niby jest na emeryturze od siedmiu lat, ale cały czas działa, przychodzi do firmy. W tym fachu nie chodzi tylko o jakościowe wykonanie, a o myśl, pomysł, wyczucie. Jeździli przecież do Gdańska, sprawdzali te łodzie w tunelach aerodynamicznych. W zawodach decydują ułamki sekund. Wyścig na 200 metrów trwa pół minuty. Nie ma czasu na pomyłkę. Wszystko jest istotne, kajak musi być na tip-top - opowiada.
- Można wycenić krzesełko, stół czy materiały. Ale serca, które Rysio tu włożył, nikt nie wyceni - komentuje były pracownik firmy.
Pożar wybuchł w szczególnym dniu dla olimpijczyka z Monachium. Z łamiącym głosem i mokrymi oczami Ryszard Seruga patrzy na halę przez ciemne okulary. - Dostałem prezent... na urodziny. W poniedziałek skończyłem 72 lata - zawiesza głos. Zdejmuje okulary i ociera łzę z policzka.
Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty