Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Pani Anito, jak to jest z tym ewentualnym końcem kariery po tym sezonie?
Anita Włodarczyk, trzykrotna mistrzyni olimpijska w rzucie młotem: Śmieję się, bo znajomi co chwila wysyłają mi artykuły, że już od 8 sierpnia mogę przejść na olimpijską emeryturę. Dziennikarze wyliczyli mi już nawet, ile mogę dostawać miesięcznie z tego tytułu.
ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Aż miło popatrzeć. Takie gole nie padają często!
I panią to irytuje?
Nie. Po prostu dziwię się, że nikt nie spyta mnie bezpośrednio, czy faktycznie planuję koniec kariery i czy ta emerytura faktycznie ma dla mnie w tym momencie jakieś znaczenie. Nie wstydzę się swojego wieku, ale mam jeszcze spore ambicje. Mam ważniejsze plany na ten rok, niż myślenie o emeryturze.
Do medalu podczas igrzysk w Paryżu zabrakło zaledwie czterech centymetrów. Czy po takim pechu nie odechciało się pani trenować?
Naprawdę nie rozpaczałam z tego powodu. Już następnego dnia porozmawiałam z samą sobą i stwierdziłam, że nie ma co tego rozpamiętywać, bo i tak nic nie zmienię. Zaakceptowałam czwarte miejsce i cztery centymetry dzielące mnie od podium. Może bardziej bym przeżywała, gdyby wcześniej nie miała medalu igrzysk. Pomogła też inna rzecz.
Jaka?
Pocieszeniem było to, że podczas finału igrzysk uzyskałam najlepszy wynik w sezonie. Gdybym wcześniej rzucała dalej, a na igrzyskach zawiodła, wtedy by mnie to zabolało. A tak po prostu śmiałam się, że klamra się zamknęła, bo w Pekinie - na swoich pierwszych igrzyskach - byłam czwarta, a teraz podczas – najprawdopodobniej – moich ostatnich igrzysk też czwarta. Tak chyba miało być.
Najprawdopodobniej?!
Nie podjęłam jeszcze żadnej decyzji. Podczas wrześniowych mistrzostw świata w Tokio będę już startować jako 40-latka... Gdyby ktoś zapytał mnie, gdy miałam 25 lat, czy będę trenować w wieku 40 lat, to bym powiedział, że to niemożliwe.
Czyli tegoroczne mistrzostwa świata w Tokio nie będą ostatnią pani międzynarodową imprezą w karierze?
Już raz kończyłam karierę po zawodach w Tokio podczas igrzysk w 2021 roku. Wtedy nic z tego nie wyszło, więc teraz też nie będę nic deklarowała.
Ale pani zna już swoją decyzję?
Nie. Obecnie nie wiem, co będę robić za rok.
A myśli pani czasami, co mogłaby robić po zakończeniu treningów?
Nie wyobrażam sobie, że budzę się następnego dnia i dopiero wtedy zastanawiam się, co będę dalej robiła w życiu. Pewnie sporo czasu minie, zanim przyzwyczaję się do nowego trybu, ale mam nadzieję, że to kolejne życie też będzie mi pasowało. Chcę zostać blisko sportu, ale już raczej nie jako trenerka.
Jest pani czasem smutno, że wielkie sukcesy polskich młociarzy najprawdopodobniej nie będą kontynuowane, a wy nie doczekaliście się godnych następców.
Mam nadzieję, że Ewa Różańska wróci po problemach zdrowotnych i znów będzie rzucać ponad 70 m. Ale faktycznie, nie mamy młodych zawodniczek, które w ostatnich latach choćby zbliżyły się do 77 metrów.
Problem jest także wśród panów, bo tam też Paweł Fajdek i Wojciech Nowicki nie mają konkurencji. Z czego to wynika?
My akurat mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na wybitnych trenerów. Ktoś wtedy przeoczył to, by tym trenerom dobrać młodszych asystentów, którzy potem mogliby kontynuować dzieło. To jednak nie tylko problem lekkoatletyki, ale ogólnie polskiego sportu.
Nie mamy dobrych trenerów?
To, ilu zawodników wybiera treningi w zagranicznych grupach, o czymś świadczy. Kiedyś to były pojedyncze osoby, a teraz wyjazdy są powszechne. Ktoś może powiedzieć, że to normalne, że otworzyliśmy się na świat, ale my po prostu mamy teraz mniej specjalistów, a to już dobre nie jest.
Czy lekkoatletyka jeszcze się odbije w Polsce, czy zgadza się pani z Tomaszem Majewskim, że przychodzą chude lata i długo poczekamy na powrót wielkich sukcesów?
To nie tylko nasz problem. Jestem na przykład bardzo zaskoczona coraz słabszymi wynikami Niemców. W Europie coś się dzieje nie tak ze sportem.
Co się zmieniło w porównaniu z czasami, gdy pani wchodziła w sport seniorski?
Choćby kwestie sponsorskie. Ja musiałam rzucić 76 m, by pozyskać pierwszego sponsora. Wtedy akurat była to firma Nike. Trochę zazdroszczę młodszym dziewczynom, bo one mają wsparcie sponsorów, choć rzucają dopiero 70 metrów.
To przeszkadza?
W sporcie ważne jest, by za bardzo nie rozpieszczać zawodników na wczesnym etapie kariery. W przeciwnym razie młody człowiek traci motywację. Nasze pokolenie często chodziło głodne, nie mieliśmy pieniędzy, więc marzyliśmy o karierze i byliśmy gotowi zrobić wszystko. Nie potrzebna nam była dodatkowa motywacja.
Świat poszedł do przodu.
I bardzo dobrze. Mówię jednak o tym, że w sporcie potrzebna jest motywacja. Pamiętam, jak byłam szczęśliwa, gdy jako 19-latka mogłam pojechać na listopadowy obóz kadry do Spały. To było spełnienie marzeń. Po paru latach poprosiłam, bym mogła pojechać na obóz do Portugalii.
Wie pan, co usłyszałam?
Że nie ma takiej możliwości?
Miałam rzucić 70 metrów i wtedy pojechać na obóz do Portugalii. Siedziałam w Spale i robiłam wszystko, by rzucać te 70 metrów. Tak mnie motywowano. Jako 22-latka w końcu to zrobiłam i dopiero wtedy zaczęły się wyjazdy poza Polskę.
Występ polskich lekkoatletów w Paryżu ocenia się negatywnie, a złośliwi mówią, że większość kadrowiczów poleciała tam po fajne zdjęcia z wioski.
Ja czegoś takiego nie widziałam. Igrzyska spędziłam głównie w pokoju polskiej misji olimpijskiej, oglądając występy innych zawodników. Proszę mi wierzyć, że byłam w Paryżu w zeszłym roku dwa razy, a widziałam jedynie wieżę Eiffla i Łuk Triumfalny. Nie uznaję zwiedzania miasta w trakcie zawodów, bo przyjeżdżając na zawody sportowe mam inne cele.
Naprawdę nie kusiło, by wyjść na zwiedzanie?
Nigdy tego nie robiłam, bo na zwiedzanie będzie czas po karierze. W Pekinie pojechałam zobaczyć Mur Chiński, ale jeszcze podczas obozu aklimatyzacyjnego. W Rio widziałam tylko Copacabanę po zdobyciu złota. W Londynie przyjechałam tylko na konkurs, w Tokio była pandemia, Paryż widziałam przez szybę autokaru, jadąc na stadion.
Dlaczego ma pani tak rygorystyczne zasady?
Chodzi o kwestie regeneracji. W Paryżu dbałam nawet o to, by chodzić do stołówki bliżej apartamentu, choć był tam mniejszy wybór jedzenia. Te kilka kilometrów marszu zaoszczędzone dziennie na takich drobnych sprawach mogą potem dać te kilka brakujących centymetrów w czasie konkursu.
Wróćmy jednak to teraźniejszości: jak przebiegają przygotowania do najbliższych startów?
Miałam długie wakacje, ale mogłam sobie na to pozwolić, bo mistrzostwa świata mamy dopiero we wrześniu. Potrzebowałam odpoczynku, przede wszystkim psychicznego. Od listopada praktycznie cały czas trenuję w Katarze. Najważniejsze, że jestem zdrowa i nic mi nie dolega.
Jaki będzie ten sezon?
Na pewno to nie będzie taki sezon, w którym od maja będę daleko rzucała. Te czasy już minęły. Chcę, by forma przyszła na wrzesień. Widzę po sobie, że nie jestem już w stanie przygotować formy na cały sezon, jak to było jeszcze 10 lat temu.
Łatwo się z tym pogodzić?
Ja już byłam w takiej sytuacji, więc jest łatwiej. W trakcie przygotowań robimy sprawdziany i porównujemy do wyników sprzed czterech lat. Niestety różnica jest około 4-5 metrów. Z tym też trzeba się pogodzić.
Motywacja wciąż jest na takim samym poziomie?
Wiele razy byłam już w dołku formy, potrafię to przetrawić. Trener też mawia, bym w gorszych momentach odpuściła i odpoczęła. W moim wieku trening robiony tylko na "zaliczenie" nie ma już sensu.
Co jeszcze zmieniło się z upływem czasu?
Siłowo jestem zbliżona do wyników z najlepszych czasów, wydolnościowo też jest super. Trochę gorzej jest z szybkością, bo gdy robimy przebieżki po 40-50 m, to choć wydaje mi się, że biegnę szybko, stoper pokazuje coś innego. Gdy rzucałam po 80 metrów, to miałam prędkość jak błyskawica.
Upływ czasu najmocniej widać jednak po regeneracji. Kiedyś w dzień wolny mogłam iść na zakupy, siedzieć 6-8 godzin w galerii, a następnego dnia trenować. Teraz nie ma na to szans.
Od lat większość sezonu spędza pani w Katarze. Nie znudziło się pani jeszcze?
Polubiłam to miejsce. Podoba mi się, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz padał tu deszcz. W Polsce często zdarzało się tak, że rano musiałam się zastanawiać, czy będę mogła rzucać, czy nie. Tutaj pogoda do treningów zawsze jest idealna. W sumie mocno się już zadomowiłam. Przed chwilą skończył się ramadan, a to był naprawdę dobry czas. Tutejsi mieszkańcy funkcjonują w innych godzinach, więc miałam spokojne warunki do treningów. Nikogo nie było na obiektach.
Daje pani radę w tamtejszej pogodzie?
Za chwilę będzie tutaj ponad 30 stopni, ale ja już jestem tak zaadaptowana do tych warunków, że nie narzekam. Nie mam też problemu, że mieszkam w hotelu. Podoba mi się to, że po treningu mogę pójść na basen i do jacuzzi w ramach odnowy. Do Polski wracam zazwyczaj co sześć tygodni, w ramach odskoczni. Tutaj poza treningami nie ma faktycznie zbyt dużo atrakcji, a najciekawszymi są wyjazd na pustynię i do galerii handlowej.
Wierzy pani w medal na mistrzostwach świata?
Na pewno nie pojadę na mistrzostwa świata jak na wycieczkę turystyczną do Japonii. Mam duży sentyment do Tokio i chcę znów powalczyć tam o medal.
Na takim etapie kariery można mieć jeszcze marzenia?
Chcę ustanowić rekord świata mastersów w mojej kategorii wiekowej. Chcę się zapisać jako najlepsza 40-latka w historii rzutu młotem. Takie rzeczy dalej mnie kręcą.
Czy - jak często inni sportowcy - ma pani jakieś problemy spowodowane ciężkimi treningami i karierą? Nasza biegaczka Anna Kiełbasińska mówi, że żyje z bólem.
Spotkał mnie chyba jakiś wielki przywilej, bo wstaję rano i zwykle mnie nic nie boli. Mam dużą szansę, że kończąc karierę, będę wolna od bólu. Całe życie przywiązywałam dużą uwagę do higieny życia i dbałam o regenerację. Wielu ludzi się śmiało, ale u mnie rozgrzewka trwa zawsze przynajmniej 30-40 minut. Po każdym treningu zostaję 10-15 minut na rozciąganie. To rzadkość nawet u zawodowych sportowców. Mój psycholog zawsze ostrzegał mnie przed Zespołem Przewlekłego Zmęczenia i dlatego nigdy do tego nie dopuściłam.
Żałuje pani jakiejś decyzji w swojej karierze?
Jeśli czegoś już żałuję, to tego, że nie przedłużyłam sezonu po igrzyskach w Rio. Pojechałam na Memoriał Kamili Skolimowskiej, pobiłam rekord, a pewnie gdybym startowała dalej, to ten rekord byłby jeszcze bardziej imponujący. Robiliśmy testy na treningach, było mnie stać na rzut około 84 metrów. Byłam gotowa na taki wynik. Często wracam też do finału w Rio, gdzie zdobyłam złoto. Było tam piekielnie gorąco, a może gdyby nie upał, to też wynik byłby lepszy. Byłam wtedy w takiej formie, że medal mogłabym zdobyć rzucając o kilogram cięższym młotem niż rywalki. Dzisiaj sama zastanawiam się, jak ja to robiłam.
Później takiej formy już nie było. Dlaczego?
Bo to był sezon życia. Potem praktycznie powtarzaliśmy ten sam plan treningowy, ale takiej dyspozycji nie miałam już nigdy.
Receptą na pani sportową długowieczność jest upór?
Upór jest ważny w sporcie, ale ja po prostu wiem, że wielu zawodników ma po prostu gorzej. Od zawsze podziwiam pływaków, bo to jest dopiero monotonny trening. Mi trening rzutu młotem sprawia przyjemność i do dziś z przyjemnością wstaję na kolejne zajęcia.
Mateusz Puka, WP SportoweFakty