Kiedy na zimowe kolarstwo w ciepłych krajach umawiają się bracia Pawliccy i Maciej Janowski, wówczas do sezonu wspólnie się przygotowują ekipy Stelmet Falubazu Zielona Góra, Betard Sparty Wrocław i Włókniarza Częstochowa. Taki jest dzisiejszy żużel - zawodnicy budują swoje firmy i sprzedają klubom swoje usługi. Tymczasem ludzie nadal chcą się identyfikować z klubami ze swojego miasta. W zawodnikach chcą widzieć swoich ludzi.
Rynek rzeczywiście został opanowany przez kilkanaście nazwisk, które media próbują przypasować do danych barw z rocznym wyprzedzeniem. I tak niektórzy wmawiają Andrzejowi Rusko, że jest gotów wyłożyć potężne pieniądze na Bartosza Zmarzlika, z kolei Maciej Janowski pasowałby do ekipy z Zielonej Góry. Oczywiście, w kontekście sezonu 2026, bo przed nadchodzącymi rozgrywkami karty zostały rozdane.
ZOBACZ WIDEO To był hit okienka transferowego. Madsen zarobi fortunę?!
Nie jest łatwo przedostać się do tej grupy trzymającej kasę. PGE Ekstraliga po raz kolejny wolała zaufać Maksymowi Drabikowi czy Nickiemu Pedersenowi, a taki Robert Chmiel nawet na drugim poziomie rozgrywek nie cieszył się wielkim wzięciem, trafiając ostatecznie do łódzkiego Orła, gdzie podstawowym kryterium doboru zawodników nie była jakość, lecz cena. Niższa od rynkowej.
A złoty talizman i tak jest jeden. Nazywa się Dominik Kubera i od 2015 roku tylko dwa razy się zdarzyło, że nie sięgnął z kolegami po Drużynowe Mistrzostwo Polski. Ten pierwszy tytuł, sprzed dekady, dość dobrze pamiętam. Kubera liczył sobie wówczas szesnaście lat i do połowy finałowych zawodów z Betard Spartą jako jedyny z Byków potrafił wygrywać wyścigi. A wyglądał wtedy trochę inaczej niż dziś. Był to wówczas chłopaczek pełną gębą w dosłownym słowa znaczeniu. Nic jeszcze nie wiedział o stosowaniu diety, ten pulpecik. Dopiero później się okazało, że wszystko jest kwestią przyjętego reżimu i że nie można się zasłaniać grubymi kośćmi czy tendencjami do tycia.
We Wrocławiu podobnym talizmanem nie został Maciej Janowski, choć w sercach kibiców ma wyjątkowo silną pozycję. Pod banderą WTS-u przejeździł szesnaście sezonów, ale tylko jeden z nich zakończył w koronie - 2021. Co można uznać jako efekt Łaguty. Na swój pierwszy, niedoszły tytuł Janowski się ciut spóźnił.
Gdy zespół triumfował w sezonie 2006, z Crumpem, Andersenem i Hampelem, Maciuś był piętnastolatkiem i dopiero rok później zaczął smakować PGE Ekstraligi. Trzeba też wspomnieć, że na dwa lata (2012-13) wyniósł się do Tarnowa, co z perspektywy samego zawodnika było ruchem ze wszech miar słusznym. Wywiózł stamtąd sporo złota - w formie medalu, ale też w walucie. We Wrocławiu natomiast czasy były bidne i zespół musiał się bronić przed spadkiem. Stąd też tamtemu odejściu towarzyszyły spore emocje - część kibiców i władze klubu nie mogły sobie z tą decyzją wychowanka poradzić. Padło sporo cierpkich słów. Choć decyzja zawodnika była bardzo racjonalna, a dwa lata spędzone w Tarnowie okazały się pasmem sukcesów.
Niektórzy, jak Kubera, uzbierali osiem złotych krążków DMP, Janowski dwa, ale są też większe gwiazdy z wyjątkowo marnymi statystykami. Taki Leon Madsen pokazuje się na polskich torach od dwóch dekad, co przełożyło się na ledwie jeden tytuł, zresztą zdobyty wspólnie z Janowskim w Tarnowie. A Jason Doyle? On swojego złota z polskich rozgrywek jeszcze nie wywiózł, za to mnóstwo złotówek. I też pewnie sobie chwali.
Na dziś wiemy tyle, że drużyną kompletną pozostał na papierze Orlen Oil Motor. I że w sezonie 2026 mają obowiązywać dwa komplety żużlowych ubiorów - inne na mecze domowe i inne na spotkania wyjazdowe. Po co? Niektórzy podejrzewają lublinian, że dzięki temu chcą sprzedawać sponsorom niemal dwa razy więcej powierzchni reklamowej. A więc, że stoi za tym biznes i, paradoksalnie, ma to być zarobek, a nie koszt. Pożyjemy, zobaczymy, czy ma to związek z prawdą.
Wojciech Koerber